Pociąg "IT" do stacji "Software Developer" odjeżdża z toru przy peronie pierwszym. (41)



Długo nie pisałem, ale nie dlatego, że się poddałem, że sobie odpuściłem. Powody braku mojej aktywności były dwa. Po pierwsze postanowiłem sobie zrobić krótkie wakacje, najpierw tydzień nie było dzieci, więc mogłem z żoną skupić się na pracach domowych, które były trudne do wykonania, z dziećmi w domu. Potem na tydzień dołączyłem do moich pociech i większość czasu spędziłem nad jeziorem oraz na innych formach relaksu. O drugim powodzie wspomniałem już w poprzednim blogu. Wydarzyło się coś, co mogło diametralnie zmienić moją sytuację i nie chciałem pisać, dopóki sytuacja się nie wyjaśni. Teraz mogę już napisać co to było - brałem udział w rekrutacji do jednego z dużych polskich Software House.

Pierwszy etap rozmowy, czyli klasyczne interview z Karoliną z działu HR odbył się w tygodniu poprzedzającym mój ostatni wpis. Mam duże doświadczenie w rekrutacji, zarówno jako kandydat, ale jeszcze większe jako osoba rekrutująca, więc samej rozmowy się nie obawiałem. Jedyne co mnie stresowało to część rozmowy po angielsku (projekt, do którego aplikowałem realizowany jest dla brytyjskiego klienta). Okazało się, że niepotrzebnie się stresowałem, bo poziom mojej komunikacji po angielsku został oceniony na zaawansowany.

Po kilku dniach oczekiwania doczekałem się telefonu z informacją, że przeszedłem do drugiego etapu i zostałem umówiony na rozmowę z Line Managerem oraz Technical Managerem. Ta rozmowa poszła mi jeszcze lepiej, było bardzo sympatycznie, na luzie i wesoło. Miałem też do rozwiązania kilka zadań sprawdzających moje zdolności logicznego myślenia. Jednym z nich było napisanie czegoś w rodzaju funkcji z wykorzystaniem komend if, elseif, than, and, or i not, oraz kilku elementów logicznych (=, <, >, <>, <=, >=), bez konieczności używania jakiegokolwiek języka programowania. Wszystko poszło mi gładko i przyjemnie. Na tym etapie również miałem krótką rozmowę po angielsku, ale tym razem była to rozmowa techniczna (miałem powiedzieć co spowoduje wyświetlony fragment kodu HTML, dostałem też kawałek kodu w SQL, ale jak powiedziałem, że tego języka zupełnie się nie uczyłem do tej pory to przeszliśmy dalej).

Po tej rozmowie dziewczyny, z którymi rozmawiałem, miały sporządzić na mój temat notatkę ze swoją rekomendacją i wraz z zadaniami, które rozwiązałem przesłać to do klienta, a więc brytyjskiej firmy. Następnym etapem miałaby być moja rozmowa z przedstawicielami tejże firmy i oni po takiej rozmowie mieliby podjąć ostateczną decyzję czy chcą mnie w tym projekcie. Pozytywnej rekomendacji ze strony dziewczyn byłem raczej pewien, jednak sen z powiek spędzała mi myśl, czy Brytyjczycy zechcą ze mną rozmawiać, a jeśli zechcą to, czy poradzę sobie w rozmowie całkowicie po angielsku.

W piątek zadzwoniła do mnie Line Manager-ka z dobrą nowiną. Brytyjczycy chcą, ze mną rozmawiać i mogę na tę rozmowę wybrać dowolny dzień w nadchodzącym tygodniu. Bez zastanowienia wybrałem poniedziałek rano, chciałem to mieć jak najszybciej za sobą, bo wiedziałem, że przed tą rozmową będę się stresował najbardziej i im dłużej będę czekał, tym więcej będzie stresu i nerwów.

Po tej wspaniałej nowinie postanowiłem skorzystać z rady, którą dostałem na drugiej rozmowie, że jeśli chce pojechać na urlop to najlepiej teraz, bo jak wszystko pójdzie dobrze i mnie zatrudnią to nie będę miał czasu na wakacje. Przegadałem to z moją ukochaną i ustaliliśmy, że w takim razie teraz ja jadę do dzieciaków, a więc do domu moich rodziców i zostanę tam na tydzień, a jeśli dostanę pracę to na zaplanowany wyjazd nad morze żona pojedzie z dzieciakami i teściową a ja zostanę w domu.

Od otrzymania dobrej wiadomości uczucie stresu w zasadzie towarzyszyło mi już cały czas. Objawiało się ono motylkami w brzuchu i tym, że cały czas w myślach prowadziłem dialogi sam ze sobą po angielsku. W kółko wymyślałem jakieś zdania i jak jakiegoś słowa nie mogłem znaleźć w głowie to szukałem w translatorze. W poniedziałek rano uczucie stresu jeszcze narosło. Rozmowę miałem zaplanowaną na 11, ale od rana kręciłem się po domu i nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Pół godziny przed rozmową postanowiłem pomedytować. Dzięki temu uspokoiłem oddech, bicie serca i ogólnie się rozluźniłem.

Rozmowę, zacząłem z jednym managerem technicznym, a potem dołączył drugi. Szybko się wyluzowałem, bo zaczęło się od tego, że ten drugi próbował uruchomić na Zoomie nagrywanie. Przeleciało mi przez myśl, że spotkało się dwóch managerów IT i żaden nie wie jak włączyć nagrywanie. Już miałem powiedzieć na ten temat dowcip, ale szybko ugryzłem się w język 🤣. Ostatecznie zrezygnowali z nagrywania i uznali, że zapamiętają najważniejsze rzeczy z rozmowy.

Początek rozmowy wyglądał klasycznie, chłopaki się przedstawili, powiedzieli parę słów o sobie i poprosili żebym opowiedział swoją historię. Potem było kilka pytań technicznych, kilka operacyjnych i takich odnoszących się do umiejętności miękkich, a więc pracy w zespole, komunikatywności itp. Ogólnie rozmawialiśmy godzinę i rozmowa przebiegła bardzo dobrze, tylko kilka razy nie mogłem znaleźć jakiegoś słowa, ale udało mi się wybrnąć „dookoła” (opisywałem o co mi chodzi i oni mi to słowo podpowiadali).

Pod koniec rozmowy wspomniałem, że najbardziej obawiałem się o mój angielski, bo od roku nie miałem okazji z nikim po angielsku rozmawiać, ale obaj stwierdzili, że gdybym o tym nie wspomniał to nawet by nie zauważyli. Na zakończenie zapytałem co dalej i kiedy mogę się spodziewać feedbacku. Powiedzieli, że możliwie jak najszybciej, ale postarają się do piątku.

I znowu zaczął się czas, jakiego nie lubię najbardziej — oczekiwanie. Godziny się dłużyły, co chwila zerkałem na ostatnie połączenia czy nikt nie dzwonił oraz do maila, czy nic nie przyszło. Za każdym razem jak otwierałem pocztę e-mail to modliłem się żeby tam nic nie było. Firmy obiecują, że dadzą feedback niezależnie od decyzji, ale bardzo często jest tak, że, jak mają decyzję odmowną, to nie dzwonią tylko wysyłają maila z podziękowaniami za udział w procesie rekrutacji... bla, bla, bla...

Na szczęście już w środę, jak wracałem z dziećmi i z mamą z jeziora, zadzwoniła line managerka. Poprosiłem, żeby zaczekała chwilkę żebym mógł gdzieś zaparkować. Jak powiedziałem jej, że już stoję na parkingu, to zażartowała, żebym usiadł. 

Klienci byli mną zachwyceni i bardzo chcą ze mną współpracować, software house też chcę mnie mieć na swoim pokładzie, jedyne „ale”, to czy zaakceptuję ich ofertę finansową, która była nieco niższa niż deklarowane przeze mnie oczekiwania finansowe, ale z zastrzeżeniem, że z końcem roku, będziemy te warunki renegocjować.

Jak można się domyślić, zgodziłem się bez wahania.


Yes, Yes, Yes, mam to💪.


Wsiadłem do pociągu o nazwie Software House i jadę do stacji Software Developer 😎 

 

Zaczynam 02.08.2022r ‼️‼️‼



Od razu dostałem solidny budżet, w ramach którego sam miałem zdecydować jaki sprzęt, na którym będę pracował chcę, żeby mi zakupili, ale o tym i o innych aspektach, o których jeszcze nie wiem, a zapewne dowiem się we wtorek na onboardingu, napiszę w następnym wpisie.


"Sukces nigdy nie jest efektem „słomianego zapału” — tu trzeba przejść przez prawdziwy ogień." ~ James Madison

"Kto nie uwierzy w własny rozwój, ten na zawsze pozostanie szarym przechodniem." ~ Johann Volfgang von Goethe


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Pracuje się, oj pracuje... (44)

No to do dzieła (21)

Kryzys wieku średniego (1)